poniedziałek, 20 lutego 2012

Curry z kury

Moja ulubiona przyprawa w roli głównej :)



Składniki dla dwóch osób:
-  pierś z kurczaka
- 1 duża cebula (lub 2 małe)
- pieczarki- nie wiem, ile to jest wagowo, ale ilościowo jakieś 15 mniejszych
- 200 ml śmietany
- 2 łyżeczki curry
- 1 łyżeczka soli
- 1 łyżeczka mielonego imbiru
- 1 łyżeczka słodkiej mielonej papryki
- szczypta mielonego czosnku lub 1 mały ząbek
- oliwa z oliwek
- pół szklanki wody

tu: ryż ugotowany z kurkumą i szczyptą soli

Na oliwie chwile podsmażam pokrojone w kostkę pieczarki i cebulę. Po chwili dorzucam pokrojoną pierś. Niech się smażą aż mięso trochę się zarumieni :)
W międzyczasie w salaterce mieszam śmietanę i wszystkie przyprawy, dodaję wody (chyba, że śmietana jest bardzo rzadka). Wlewam to wszystko na patelnię do cycków ;) Nie wiem, jak to jest ze ścinaniem się śmietany, ale mi się to jeszcze nie przytrafiło, ponieważ wlewam powoli :)
Smażę na małym ogniu aż sos nabierze pięknego brązowo- złotego kolorku i zgęstnieje.





Wcinam :) Smacznego!

sobota, 4 lutego 2012

Eyeliner start!

Mimo mojego dość już zaawansowanego "wieku" makijażowego i stopnia zaawansowania nigdy nie nosiłam kresek zrobionych eyelinerem. Bywało, że próbowałam coś tam sobie namalować, ale źle czułam się w takiej kresce, wolałam taką namalowaną kredką, bardziej miękką. Jednak dosyć niedawno miałam okazję wypróbować u przyjaciółki eyeluner żelowy.
Ona posiadała ten z Avonu. Jakoś specjalnie mnie nie zachwycił, ale kreska była dość delikatna no i narysowanie jej było bardzo łatwe (dotychczas próbowałam jedynie płynnych "kreskorobów" ;) ).
moja E posiada kolor "czarny"

Zapragnęłam mieć swój i na początek zdecydowałam się na ten z firmy essence ze względu na cenę i całkiem pozytywne opinie w Internecie.

I generalnie... REWELACJA :D Avonowe "coś" może się przy tym schować. Kreska jest wyraźna, czarna i maluje się (pędzelek dokupiłam) bajecznie.
Już troszkę pociapkany.
Nie mam jeszcze wprawy do malowania równiutkich kresek ale czuję, że szybko się tego nauczę :) Póki co pozwalam sobie na cieńsze kreski, ale ćwiczę!
Nie wiem, czy eyliner szybko wyschnie czy nie, ale w sumie za tę cenę (bodajże 11,99 zł) nie mam co narzekać.
Jedynym minusem jest to, że trzyma się skubany okropnie. Na szczęście mój olejek z OCM go zwyciężył! :)

A w ogóle to zaczął padać śnieg! :) Ale i tak chcę już wiosnę...!

czwartek, 2 lutego 2012

London, London town...

Wczoraj wieczorem wróciłam z najbardziej ekscytującej przygody w moim dotychczasowym życiu :) czyli z podróży do Londynu. Może dla niektórych to nic takiego, ale to był mój "pierwszy raz" za granica i to w tak olbrzymim mieście.
3 dni szałowo-zakupowo-poznawczym.
Lista zwiedzonych miejsc jest, jak na tak małą ilość czasu, ogromna:

Buckingham Palace, Big Ben, Tower Bridge, Camden Town, Greenwich, St. Pauls Church, National Gallery, British Museum, podróze metrem, dwupiętrowymi autobusami, całodzienne chodzenie... Nóg nie czułam, ale warto było!
I chcę tam wracać z powrotem. Chcę do metra i do ludzi. Kolorowych, otwartych, tolerancyjnych i jakoś tak... Radosnych, a tej radości brakuje u nas niestety...

Nasz bagaż ważył jakieś 20 kg plus podręczny... Na trzy dziewczęta, ale pewnie połowa moja :D

Na razie pokażę tylko kosmetyki, ciuchy wrzucę później, jak będę mieć czas "w świetle dziennym".

W sumie to niewiele tego jest, głównie Lush, który był celem nr1 w tej podróży.
W kolorowych paczuszkach są prezenty- niespodzianki, nie dla mnie ;)
Szampony w kostkach: Karma Komba (również nie dla mnie) i Jumping Juniper. Ten drugi już po pierwszym użyciu baaardzo mi się spodobał. Coś mają te kostkowe szampony w sobie ;)
BIG również użyłam dopiero raz iii... Zabił mnie :D Co za zapach! Nigdy mi się jeszcze nie zdarzyło, żeby zapach szamponu tak długo mi się na włosach utrzymywał!
Oba myją świetnie, włosy czyściutkie i miękkie... Coś czuję, że je pokocham.
Ostatnim lushoowcem jest szminka A Million Kisses, którą cudownie roześmiana sprzedawczyni bardzo mi polecała no i się skusiłam. Nie żałuję. Nie jest jakoś super nawilżająca, ale ma śliczny kolor, łatwo uzyskać nią, jak ja to mówię, efekt zacałowanych ust ;)

Jedynym rodzynkiem tutaj jest korektor z Bourjois Healthy Mix, którego wzięłam w Bootsie w promocji 3 za 2, więc każda znas voś sobie znalazła ;) I powiem tak: korektor z Inglota może się przy nim schować. Jest niewidoczny, nie wysusza, trzyma się i kryje wszystko cudnie. Och ach. Kolejny numer 1 :)

Aaa zapomniałabym o suchym szamponie Batiste, jednak ten jeszcze czeka na wypróbowanie.

Ogólnie mój zakupoholizm jest zaspokojony londyńskimi zdobyczami :)