czwartek, 2 lutego 2012

London, London town...

Wczoraj wieczorem wróciłam z najbardziej ekscytującej przygody w moim dotychczasowym życiu :) czyli z podróży do Londynu. Może dla niektórych to nic takiego, ale to był mój "pierwszy raz" za granica i to w tak olbrzymim mieście.
3 dni szałowo-zakupowo-poznawczym.
Lista zwiedzonych miejsc jest, jak na tak małą ilość czasu, ogromna:

Buckingham Palace, Big Ben, Tower Bridge, Camden Town, Greenwich, St. Pauls Church, National Gallery, British Museum, podróze metrem, dwupiętrowymi autobusami, całodzienne chodzenie... Nóg nie czułam, ale warto było!
I chcę tam wracać z powrotem. Chcę do metra i do ludzi. Kolorowych, otwartych, tolerancyjnych i jakoś tak... Radosnych, a tej radości brakuje u nas niestety...

Nasz bagaż ważył jakieś 20 kg plus podręczny... Na trzy dziewczęta, ale pewnie połowa moja :D

Na razie pokażę tylko kosmetyki, ciuchy wrzucę później, jak będę mieć czas "w świetle dziennym".

W sumie to niewiele tego jest, głównie Lush, który był celem nr1 w tej podróży.
W kolorowych paczuszkach są prezenty- niespodzianki, nie dla mnie ;)
Szampony w kostkach: Karma Komba (również nie dla mnie) i Jumping Juniper. Ten drugi już po pierwszym użyciu baaardzo mi się spodobał. Coś mają te kostkowe szampony w sobie ;)
BIG również użyłam dopiero raz iii... Zabił mnie :D Co za zapach! Nigdy mi się jeszcze nie zdarzyło, żeby zapach szamponu tak długo mi się na włosach utrzymywał!
Oba myją świetnie, włosy czyściutkie i miękkie... Coś czuję, że je pokocham.
Ostatnim lushoowcem jest szminka A Million Kisses, którą cudownie roześmiana sprzedawczyni bardzo mi polecała no i się skusiłam. Nie żałuję. Nie jest jakoś super nawilżająca, ale ma śliczny kolor, łatwo uzyskać nią, jak ja to mówię, efekt zacałowanych ust ;)

Jedynym rodzynkiem tutaj jest korektor z Bourjois Healthy Mix, którego wzięłam w Bootsie w promocji 3 za 2, więc każda znas voś sobie znalazła ;) I powiem tak: korektor z Inglota może się przy nim schować. Jest niewidoczny, nie wysusza, trzyma się i kryje wszystko cudnie. Och ach. Kolejny numer 1 :)

Aaa zapomniałabym o suchym szamponie Batiste, jednak ten jeszcze czeka na wypróbowanie.

Ogólnie mój zakupoholizm jest zaspokojony londyńskimi zdobyczami :)

1 komentarz:

  1. Ja uwielbiam swój zielony "kostkowy" szampon ;p

    OdpowiedzUsuń